 |

Zalecana rozdzielczość: 1024x768



Strona jest częścią portalu wielka.net.
Nasz button
by Lukaszeq:

|
 |

Klub podoficerski i oficerski "Najkrótsza droga do KK"
Czyli radosna forumowa twórczość żołnierzy PMG
Część Pierwsza
Rozdział 1
Kantyna była jeszcze pusta. W końcu było dość wcześnie i większość żołnierzy
była na służbie. Przy barze, gruby sierżant kwatermistrzostwa zwany przez
wszystkich Dzikiem spokojnie wycierał swoje kufle kontemplując widok za
iluminatorem. Nie martwił go brak klienteli. W końcu i tak przyjdą do niego.
Poza jego przybytkiem, na Koperniku, istniał tylko jeden, admiralski, a przecież
żaden żołnierz nie będzie się pchał z piciem pod oko admirała.
Podczas gdy Dzik rozkoszował się swym idealnym życiem, drzwi do kantyny
otworzyły się i do środka wmaszerowało kilku pilotów. Wiadomo, po skończonej
zmianie aż wstyd się nie napić. Podając po kolei trunki gruby sierżant zobaczył
nagle stałego bywalca.
-Witaj Wróbelku. W czym ci polać? W naparstku? - zebrana brać ryknęła śmiechem.
-Nieee. Dziś jestem w nastroju na pływanie, więc podaj kufelek. Daj też coś
dobrego do jedzenia. Tylko tym razem zostaw coś dla mnie jak będziesz je niósł.
Ja nie dbam o linię. - to mówiąc Droożdż poklepał się po brzuchu wywołując
kolejną falę śmiechu, do której bez skrępowania dołączył sam barman. Był
doskonale świadom swojej ogromnej tuszy i wcale mu to nie przeszkadzało.
Twierdził, że dzięki temu jest więcej ciałka do kochania. Nagle do kantyny
weszło dwóch mężczyzn, z wyglądu przypominali trochę smutnych panów z
Ministerstwa Informacji, ale wszyscy wiedzieli, że MI nie miesza się w sprawy
Kosmosu.
Podeszli do barmana i jeden powiedział oschłym głosem:
- Dzień dobry, jesteśmy z Sanepidu - wyciągnął legitymację i podsunął ją pod sam
nos barmanowi. - Do Departamentu Spraw Wewnętrznych PMG doszły informacje, że
nie przestrzegacie w tym lokalu norm czystości zatwierdzonych przez Radę
Najwyższą w ustawie nr 429. Przyszliśmy to sprawdzić. Chodź Stefan, rozejrzymy
się po tej spelunie. - Obaj inspektorzy weszli w głąb lokalu.
- A co my tu mamy... kurz! - inspektor przejechał palcem po jednym ze stołów. -
Notuj Stefan... Wszystkie meble pokryte grubą warstwą kurzu. - drugi inspektor
wyciągnął notes i zaczął pisać. - Co tu dalej... - rozejrzał się i spostrzegł
leżący na podłodze kapsel od piwa. - Walające się wszędzie śmieci... - inspektor
podszedł do jednego z klientów, energicznym ruchem wyciągnął mu łyżkę z ręki i
spróbował jedzonej przez niego zupy. - Paskudztwo... Napisz "serwowane posiłki o
wątpliwej świeżości" - inspektor spojrzał na barmana z pogardą. - I jeszcze
"barman w stanie nietrzeźwym". Chyba wystarczy już tego. - powiedział do kolegi
i dodał ciszej - szef będzie zadowolony.
- Do widzenia państwu. - powiedział głośno i obaj inspektorzy wyszli… prosto w
objęcia kilku rosłych żołnierzy z opaskami ŻW na ramionach.
- Panowie, w jakiej sprawie? - Zapytał dowódca patrolu.
- Jesteśmy z sanepidu. Zamykamy tą norę. Mamy niezbędne dowody i…
- Proszę o pokazanie przepustki a.z. 783B. - Głos oficera stał się nagle
lodowaty.
- Słucham?
- Osoba cywilna, przebywająca na obszarze o znaczeniu strategicznym winna
legitymować się przepustką 783B.
- Jakim znaczeniu strategicznym? To jakaś speluna i nawet popiół po niej nie
zostanie, gdy tylko oddamy te dokumenty odpowiednim ludziom.
- To kantyna - Głos oficera żandarmerii był spokojny niczym pantera tuż przed
skokiem na ofiarę.- Ta kantyna jest jedynym takim przybytkiem na stacji
dostępnym dla naszych żołnierzy. Samo jej istnienie poprawia morale, a zatem
również sprawność bojową naszych żołnierzy. Uznać ją, więc można jako obiekt
strategiczny. Ponadto, próba zniszczenia tego przybytku według mojego rozumienia
przepisów jest niszczeniem morale naszych wojsk, a to mój drogi, jest już
działalnością sabotażową. Jesteście panowie aresztowani i pozostaniecie w celi
do wyjaśnienia sprawy. Nareszcie Dziki Janek będzie miał towarzystwo. - Żandarm
uśmiechnął się drapieżnie.
- Ależ panowie my...
- Wszystko, co powiecie może być użyte przeciwko wam. Przy próbie ucieczki kula
w łeb. - Trzech pozostałych żandarmów odbezpieczyło karabiny.
- Ależ panowie. My tylko żartowaliśmy. Prawda Stefan? - Stefan tylko powiódł
durnym spojrzeniem dookoła i przytaknął. - Właściwie to te dokumenty nie są nam
już potrzebne. Może pan je weźmie panie oficerze?
- Doskonale. Teraz zaś napiszą panowie zaświadczenie o skontrolowaniu lokalu i
podpiszecie przedłużenie koncesji.
- Ależ z radością! To taki miły i rodzinny lokal.
Pracownicy sanepidu szybko uwinęli się i oddalili szybkim krokiem. Drzwi kantyny
uchyliły się i wyjrzał z nich Droożdż.
- Dobra robota chłopaki. Dobrze, że byliście w pobliżu. Jak skończycie służbę to
wpadnijcie na kielicha.
Żandarmi uśmiechnęli się tylko łobuzersko, zasalutowali i ruszyli dalej
dziarskim krokiem. Mogli się nie lubić z pilotami (oraz z każdą inną formacją,
jeśli już o tym mowa), ale pić musieli tak jak wszyscy. W obronie kantyny każdy
żołnierz na stacji był gotowy do największych nawet poświęceń. * * * W
kantynie robiło się coraz bardziej tłoczno - wiadomo, prawie wszyscy akurat
kończyli służbę i w drodze do kwater, wypadało wpaść na jednego i pogadać z
Dzikiem. Ale mimo panującego ścisku, jedno miejsce tuż przy samym barze było
cały czas wolne. Jakby wisiała na nim karteczka: "Rezerwacje".
W kantynie panował coraz większy tłok, ale mimo tak wielu żołnierzy, nikt nie
zauważył wejścia do środka pewnego porucznika. Przemieszczał się niczym cień -
niezauważalnie, choć wcale się nie ukrywał. Byłby doskonałym zwiadowcą, gdyby
nie fakt, że los przeznaczył go na Kapłana Szturmowego. Ludzie mówią, że te jego
zdolności wynikają z mocy, jaką obdarza go jego patron. Może to i prawda... On
sam rzadko o tym mówi.
- To, co zwykle, Dziku - Odezwał się głos, tuż przy uchu barmana, który
podskoczył prawie pod sufit, ze zdziwienia.
- Poruczniku, proszę... Nigdy więcej mnie nie strasz.
- Zobaczymy, co da się w tej sprawie zrobić. A tym czasem setkę śliwowicy.
- Robi się. Ale pamiętaj - kiedyś mnie nie zaskoczysz, i co wtedy?? Będziesz
miał głupią minę.
Czarteczaek uśmiechną się.
- Może... Ale to chyba wtedy jak się zestarzeje. - usiadł poprawiając długi,
nieregulaminowy płaszcz - Słyszałem, że mieliście dzisiaj kontrole z Sanepidu??
Jaki wynik??
- Byli bardzo zadowoleni. - odparł w zgodzie z prawdą barman. Po czym mrugnął
porozumiewawczo - Aż chłopaki z Żandarmerii rwali się do "gratulowania" im
słusznej decyzji...
- No to dobrze. - Porucznik jednym łykiem wypił swoją śliwowicę, i zakąsiwszy
rękawem, zniknął tak samo niespodziewanie, jak się pojawił.
W Kantynie robiło się coraz bardziej tłoczno, ale nikt nie zauważył cienia,
który zniknął za drzwiami budynku. * * * W całej kantynie panowała wrzawa aż
tu nagle coś jak gdyby trzasnęło. To kopnięte drzwi odbiły się od ściany.
Wszyscy zwrócili wzrok w stronę wejścia. Stał tam wysoki mężczyzna w czarnym
płaszczy. To był komandor, wszedł do sali rozejrzał się i podszedł do baru.
Wszyscy rozpoznali. To Engel z Gwardii Gwiezdnej, widząc ze wszystko w porządku
wrócili do swoich rozmów.
- Witam! Masz jeszcze ten dobry bimberek, co go chłopcy z KK podrzucili?
- Oczywiście - opowiedział barman.
- To nalejcie mi, i nie żałujcie miałem ciężki dzień - oparł Komandor.
- Tak jak ja, była kontrola z sanepidu, ale wszystko w porządku.
- Twoje zdrowie Dziku! I nalej mi jeszcze jednego.
W kantynie coraz bardziej się tłoczyło, ale nie przeszkadzało to nikomu, wszyscy
zajmowali się swoimi sprawami. * * * Tuż po północy do szemranej kantyny
wszedł człowiek w stroju sprzed prawie 50 lat. Długi czarny płaszcz, obite
długie buty, kaptur na głowie. Spojrzenia wszystkich żołnierzy PMG zwróciły się
na niego, gdy podszedł do mikrofonu na scenie.
-Witam... - powiedział zdejmując kaptur i wtedy wszystkim ukazał się... kask
Lorda Vadera z kultowego filmu w PMG. Po sali przebiegł nerwowy impuls. "Kto
śmie zakładać kask LORDA!!!"!!
Nieznajomy podszedł do konsoli, włączył jakąś piosenkę nieznana dotąd
żołnierzom. Na sali zapadła kompletna cisza. Droożdż zagapił się i wylał borowca
na swój mundur... Engel'owi w kieszeni otwierał się miecz świetlny widząc
znienawidzona postać.
Muzyka leciała. Nieznajomy podszedł do mikrofonu i... Zaczął śpiewać... Pieśń
biesiadna już zapomnianego zespołu - Ich Troje...
Ixer pierwszy rozpoznał nieznajomego. Nikt tak beznadziejnie nie umiał śpiewać!!
Nieznajomy zdjął kask... Teraz wszyscy mogli zobaczyć twarz o surowych liniach.
Tak. To był Głównodowodzący oddziałami połączonych Armii PMG. Cats_shit_pl!
Na sali wybuchła euforia! Jeszcze nigdy Szef wszystkich szefów nie pojawił się w
takim miejscu.
- Czarteczaek!!! Do cholery wyłaź spod tego stołu!!! - powiedział z przekąsem
cats. - Engel schowaj ten miecz, bo komuś oko jeszcze wybijesz!! WITAM
wszystkich jeszcze raz. Jestem tu by oblać, awansik szanownego Ixera... Hehee...
Zabawa trwała jeszcze długo, kiedy to cats znowu wyskoczył z poronionym
pomysłem...
- No dzieci chaosu... Musze wam powiedzieć cos bardzo ważnego... A
mijjjjjjiiiiiijjjjjjanowicie, to ze tego no wiec, dlatego ze... No... -
popatrzyli zamglonym wzrokiem na dno swojego kufla - kto jeszcze sil do baruuuu...
Dzzziku kolejka dla jeszcze żyjących! * * * - Cholera!!! Znowu nikt nie
zauważył A. Ixera??? - VoyTass wstał spod ściany i krzyknął - Ixer, gdzie
jesteś??
Na sali wszyscy ruszyli szukać nowego admirała... Wrzawa była wielka. I już po
chwili Engel wyciągnął spod jednego stołu zeezwłok Ixera.
- Z niego dziś już nic nie będzie!!! Zalany w trupa
- Dziku!! Miarka wiatrowa wody dla admirała!! - krzyknął Droożdż.
Minutę później na salę wjechał wózeczek ze sporych rozmiarów wiaderkiem
wypełnionym cieczą.
- "Szefie" - VoyTass podał je Cats'owi - Czyńcie honory
Cats wziął porządny zamach i.... Ixer z wrzaskiem zerwał się z podłogi. Cały
mokry zaczął biegać po sali, dopóki znienacka nie złapał go Czarteczaek i nie
usadził na ławie.
- KLIN DLA PANA RAZ!!!
Chwilę potem impreza ruszyła na całego....
Kolejni żołnierze wpadali po służbie, a co jakiś czas ŻW wynosiło na
wytrzeźwienie tych, co niedługo mieli wrócić do obowiązków. W końcu porządek
musi być nawet jak się pije. Przez salę przetaczały się zgodnie śpiewane pieśni,
które od setek lat śpiewano we wszystkich flotach i to, że ta konkretna nie
pływała już po morzach nie miało znaczenia. Usłyszeć, więc można było takie hity
jak "Morskie Opowieści" "Pijmy, pijmy, pijmy" "Biały Miś" "Pijmy, pijmy, pijmy,
pijmy" "Hiszpańskie Dziewczyny" "Pijmy, pijmy, pijmy, pijmy, pijmy" "Butelka
Rumu" i z jakichś zupełnie niezrozumiałych przyczyn, podjudzone zapewne przez
żeńską część imprezujących "Jestem kobietą". Zapewne jeszcze przez wiele lat
będzie się mówiło o tym brawurowym wykonaniu zaprezentowanym przez admiralicję i
kilku wyższych oficerów. Niestety wszystko, co dobre szybko się kończy. Nad
ranem kantyna zaczęła pustoszeć, gdy małe grupki dzielnych wojaków niosąc się
nawzajem, ciągnąc po posadzkach stacji, lub tocząc w przypadku tęższych
osobników, zaczęły wracać do swych koszar. Gdy ostatni z klientów wyszedł "Dzik"
podszedł powoli do drzwi, zamknął je na klucz i zabrał się do powolnego
sprzątania śladów libacji. Był zadowolony. Wszyscy bawili się doskonale
zapominając w jak trudnych warunkach przyszło im żyć i pracować. Tu, w jego
knajpie, mogli poczuć się jak u siebie w domu, na Ziemi. Ta świadomość, że to
dzięki jego kantynie chłopaki i dziewczęta znaleźli coś, czego tak bardzo
szukali sprawiła, że Sierżant Jan "Dzik" Kowalski poczuł się jakby wygrał
właśnie ważną bitwę. To on wraz z kilkoma innymi dostawcami rozrywki stał na
straży zdrowia psychicznego tych żołnierzy. Czuł, że to jest jego misja i jego
sposób na to by służyć swej ukochanej Ojczyźnie. * * * A ciemną nocą, na
zamkniętych drzwiach przybytku radości ktoś przybił tabliczkę, na której
widniało: "U Dzika" Ogólnonarodowa sala rozrywki i zabaw.
Sztywniakom wstęp SUROWO WZBRONIONY
pod groźbą ciężkich obrażeń psychicznych.
(Admiralicja mile widziana bez gwiazdek) Rozdział 2
Kantyna byłą jeszcze pusta, gdy do środka weszła postać tocząc przed sobą
dużą beczkę.
-Heh jak zwykle otworzyli knajpę i nikt mi nie powiedział normalka...
Postać postawiła beczkę i otworzyła wielką łychą kuchenną próbując zawartość.
-Taak, nie ma to jak bimber domowej roboty jakieś samoluby chciały go
przeszmuglować a tak skorzystają z niego wszyscy a tamci mają załatwione
szorowanie kibla przez miesiąc...Tak mam zdecydowanie za dobre serce.
Oris zostawił wielką beczkę i wyszedł miał jeszcze dużo alkoholu do
skonfiskowania. * * * Kantyna ciągle była jeszcze pusta. Było to dość
dziwne, jak na tą porę, ale Czarteczaek wiedział, dlaczego. Po wczorajszej
imprezie parę osób miało, tak zwane, karne warty, i inne takie. Jego na
szczęście to nie dotyczyło. W końcu, na co można skazać porucznika Karnej
Kompanii?? Niżej już zjechać nie można, więc czym się przejmować. Taka sytuacje
miała swoje i dobre i złe strony. Wprawdzie był pomijany przy awansach, ale
również, jakoś zapominali o nim przy wyznaczaniu kar.
Czarteczaek przesunął dłonią po głowie. Imponująca grzywa białych włosów zsunęła
się na oczy, ale zignorował tą chwilowa niedogodność i jednym zamachem przesunął
niesforne włosy z powrotem na ich miejsce.
- No. Pora zaczynać. - pomyślał. Omiótł spojrzeniem całą salkę, i niezauważony
przez nikogo wyszedł z kantyny.
Pojawili się pierwsi bywalcy. To byli ci szczęściarze, którzy mieli farta,
wczoraj zniknąć przed pojawieniem się Admirała. Pozostali nie mieli już takiego
szczęścia. Każdy, kto wypił mniej od Dowódcy, albo odpadł szybciej od niego,
miał dzisiaj karną wartę i sprzątanie toalet.
"Dzik" podawał właśnie pierwsze kieliszki, i szklaneczki, kiedy na dworze
rozległ się głośny huk, a zaraz potem w przestrzeń poleciała wiązka takich
przekleństw, że wszystkim słuchającym włosy dęba stanęły.
- Kto się wydziera?? - barman z wyrzutem wyjrzał przez drzwi. Tylko po to, aby z
zaskoczeniem od skoczyć w tył, aby nie zostać stratowanym przez grupę żołnierzy
wpychającą do sali głównej kantyny coś wielkiego, nieokreślonego kształtu.
- Z pozdrowieniami od KK. - rozległ się głos, tuż przy jego uchu. "Dzik"
podskoczył z wrażenia, choć właściwie powinien już się przyzwyczaić. - Gdzie to
postawić?? - Coś zaczęło mu świtać w głowie.
- Czarteczaek, słuchaj. Ja rozumiem, że dostawa dostawą, ale nie musiałeś
dostarczać od razu...
- "Dziku" słuchaj. Po wczoraj, to ty mi niemów, że nasza armia nie wypije tego,
co ci dostarczyłem, oki. Widziałem wczoraj ich możliwości.
- Ale nie 500 litrów. To nie leży w ludzkiej mocy. Patrz: przed chwilą Oris
dostarczył beczkę. Co ja z tym zrobię.
Porucznik tylko uśmiechnął się, po czym w tradycyjny dla siebie sposób zniknął
wszystkim z oczu. Tylko wiatr niósł ostatnie jego słowa - Dacie radę, ja to
wiem...
Na sali panowała niezręczna cisza, świadcząca o lęku i powątpiewaniu obecnych.
Wszyscy się zastanawiali: „Damy radę?... No chyba damy... Ale czy na pewno...”
Głos zabrała Admiralicja:
- Panowie. Damy radę... Albo zginiemy próbując!
W tym momencie całą stacją wstrząsnęło jedno, zdecydowane HURAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!
W jednej chwili zgromadzeni w kantynie żołnierze PMG byli gotowi wyruszyć w
nieznane. Nie oznaczało to jednak wcale, że się go nie bali. W końcu to była
cała beczka... Bynajmniej nie bali się śmierci. Bali się tego, co może się
ukazać na wielkarzeczpospolita.net następnego dnia:
”Dzisiaj rano kwiat VPKI został znaleziony martwy w kantynie wojskowej stacji
Kopernik II. Jako przyczynę śmierci podawana jest niska jakość serwowanych tam
posiłków. Inspektorzy sanepidu odpowiedzialni za to niedopatrzenie zostali
oskarżeni o osłabianie obronności Państwa i będą sądzeni zgodnie z Prawem
Wojennym”
W tym momencie całą stacją wstrząsnęło tak jakby kilometrowe kowadło stopniowo
wytracało na niej prędkość.
- Admirał Ixer proszony na mostek!
Wycie alarmu zderzeniowego Piłsudskiego nie pozostawiało już żadnych
wątpliwości.
- Kopernik wrócił! Damy radę!!! * * * -Nieee... No z tym to wypić się nie
da... Nic dziwnego, że Czarteczaek 500 litrów dał... Połowę się wyleje przez
tego kierowcę niedzielnego... - VoyTass wstał z podłogi narzekając i postawił
stół na należne mu miejsce...
- KOPEEERNIIIIK!!! Jak mi chociaż zadrapiesz kiedyś mojego "Isaaka" to cię wyślę
tam, gdzie mamusia mówiła, żebyś nigdy nie chodził.... I nie będzie to bur....
Jesień średniowiecza zafunduje...
- A dla reszty kolejeczka na koszt KK - VoyTass szeroko się uśmiechnął - Zdrowie
dla Cz.
Wszyscy obecni jak na komendę wznieśli toast. Nawet niepozorna ręka chwalonego
na chwilę z cienia się wychyliła... Nagle za ladą zadzwonił telefon. Dzik
odebrał.
- Tak... Tak, jest tutaj... Oczywiście... Zaraz mu przekażę... - odłożył
słuchawkę. - Kopernik! - zawołał. - Za 5 minut masz być w gabinecie... Admirała
Ixera! - powiedział, nie mogąc powstrzymać śmiechu.
- No to wygląda na to, że w najbliższym czasie sobie z nami nie popijesz - rzekł
VoyTass, również śmiejąc się szyderczo. - To, że darował ci już 3 razy to i tak
dużo jak na niego...
- Ale wiesz... - dodał Czarteczaek - W KK naprawdę nie jest aż tak źle...
- Taak... Bardzo śmieszne... - Kopernik wstał i wyszedł, przeklinając pod nosem.
* * * Tego człowieka nie trzeba przedstawiać... Dzik, gdyby nie miał protezy
lewej nogi to byłby już pewnie Admirałem w PMG (możliwe, że nawet Do Spraw
Przemytu).
Dzik, kiedy już wypił zawsze wspominał sobie jak to dobrze jest w PMG. Żołnierze
są jego rodzina... Nawet Cats nazywa Wujkiem! Dla „Dzika” liczą się tylko X
rzeczy: honor, kantyna, Armia Księżyc (V4603 Stacja Kopernik II)! Zawsze jak
mówi o swojej bazie duma przemawia przez niego! Kiedyś za starych dobrych czasów
nawet pobił się z jednym pilotem Wróbelków po tym jak ten zawiany całkiem dobrze
stawiał niedorzeczne tezy o tym ze AM jest jakimś cudem lepsza od AK. Szybka
akcja Dzika i kilku żołnierzy z AK doprowadziła do zmiany zdania tego pilota i
innych Marsjan! On sam jednak zmienił szybko swoje zdanie na temat wyższości
Armii Księżyc, kiedy w Kompanii Karnej V9412, gdzie za pobicie oficera Armii
Mars został wysłany z polecenia Ixera na miesięczną służbę, czyszcząc klozety na
krążownikach i przepychając szamba na stacjach, miał okazje przekonać się
osobiście, jak śmierdzą odpady, przez Armię Księżyc produkowane. Od tej pory
Ixer stał się jedną z nielicznych osób, przed którą Dzik czuł respekt, a swoich
kontrowersyjnych poglądów nigdy już nie wyrażał w taki sposób, co więcej: Rada
Marynarki pod silną presją oficerów i podoficerów zmuszona była (a większość
zrobiła to z ochotą) przenieść Dzika (na jego własne życzenie) do armii Mars.
Tam rozwinął jeszcze bardzie swe zdolności kantynowe i stał się człowiekiem w
PMG nazywanym "Pierwszy użyteczny".
- Ale dość już tych wspominek panowie - VoyTass lekko zirytowany rzekł na forum
- czas na zabawę. Wysłać Kopernika do pokoju bez ostrych kantów i bawimy się....
Beczułka czeka... * * * Zapadła cisza, która po chwili została przerwana
krzykami radości obecnych w kantynie podoficerów (oficerowie jak, na oficerow
przystało zachowywali milczenie). Wewnętrzne zniecierpliwienie w oczekiwaniu tak
pożądanego trunku można było zgadnąć tylko po drżącym, prawie jak u "zawodowych"
alkoholików i tancerzy mamby, pośladkach.
Jeden z podoficerów wpadł w euforie, wskoczył na stół i zaczął walić z blastera
w sufit i żyrandole, krzycząc „Niech Żyje Ten, Kto Stawia. Kto za darmo nie
wypije, temu w mordę dam ... I w ryja!!!”, ale został ściągnięty ze stołu przez
towarzyszy i uśpiony trzema uderzeniami punktowymi w tył głowy...
Impreza miała się właśnie rozkręcać w najlepsze, ale… Nagle do kantyny wbiega
Oris w pełnym bojowym pancerzu a za nim grupa strażników również w bojowym
ekwipunku:
-Dobra, teraz toście przegięli. Dziku nie udawaj niewiniątka z magazynów zniknął
cały skonfiskowany alkohol. Przyznać się coście z nim zrobili?!
Jak się spodziewał odpowiedziała mu cisza.
-Dobra wyjaśnię to inaczej ten alkohol miał zostać przekazany na wesele moje
ku... Znaczy dochód z jego sprzedaży miał pomóc biednym dzieciom w Ameryce. W
związku, z czym nie wyjdę dopóki ten alkohol się nie znajdzie a żeby wam
pokazać, że nie żartuje od dziś dostawać będziecie tylko piwo bezalkoholowe i
odcinam wam kablówkę. A najlepsze jest to, że nawet admiralicja wam nie pomoże,
bo wszystko podpada pode mnie. Sasasa jaki ja jestem zły.
Chwile potem nadciągnął następny kataklizm, bo do kantyny wszedł, a właściwie
wturlał się, (ponieważ potknął się o swoją czarną, aksamitną pelerynę) Sir
Morgoth.
- Ekhm... - zakomunikował swoją obecność innym Sir Morgoth - widzę, że dobrze
się tu bawicie.
-Dopóki ty się to nie pojawiłeś to faktycznie dobrze się bawiliśmy - wyraził
swoje zdanie ktoś, kogo Sir Morgoth nie potrafił zlokalizować w tłumie.
-Hm... Mam dla was złą informację dla celów ćwiczeniowych muszę zarekwirować
cały alkohol z tej kantyny. Proszę tutaj mam odpowiednie pełnomocnictwa i
pozwolenia....
W tym momencie wszyscy przebiegle spojrzeli na beczkę feralnego bimbru...
- Skoro takie są rozkazy...
- Ekhmmm... - Sir Morgoth usłyszał chrząknięcie tuż przy swoim uchu. Jak każdy w
takiej sytuacji podskoczył równo do góry. Po chwili opadł z powrotem z mieszanką
zdziwienia i wyrzutu patrząc na porucznika, który z nikąd pojawił się za jego
plecami. - Jesteś pewien, że chcesz zabrać ten alkohol?? - Czarteczaek wykonał
dziwny gest ręką, ni to machnięcie, jakby przesuwał w powietrzu molekuły gazów -
Przemyśl sobie dobrze, czy na pewno tego chcesz. Bo jeśli tak, to może
"Wróbelki" przekonają cię, że się mylisz w tym, co chcesz... No, więc jak
będzie??
- Ten tego, ale ja naprawdę muszę... - Sir Morgoth nie wiedział jak to
powiedzieć - No chłopaki, proszę.
- Tak od razu lepiej. Jak ktoś kulturalnie prosi, to dostanie kulturalnie.
"Dziku", nalej temu oficerowi Trochę bimberku do kanistra. Tylko może tego
specjalnego, co go jeszcze nie zaczęliśmy sprawdzać. - Czarteczaek uśmiechnął
się szeroko - Sprawdzisz, go dla nas, dobrze??
Porucznik rozejrzał się po Kantynie.
- A co do ciebie, komandorze - spojrzał wymownie na Orisa - to może przestaniemy
sobie grozić piwem bezalkoholowym, bo to obniża morale, a tego byśmy nie
chcieli, prawda?? Może porozmawiamy, jak dorośli i doświadczeni żołnierze??
- Tak?? - Pytanie Orisa, było równie wymowne, jak krążownik z bateriami laserów
gotowymi do strzału. - Co proponujesz?? Tylko pamiętaj, ze nie tknę tego twojego
bimbru. Ja potrzebuję porządnego alkoholu, a nie tego świństwa.
- Jakiego świństwa - obruszył się Kopernik. Właśnie kończył trzeci kufel tego,
jakże zacnego trunku, i był już w bojowym nastroju. W końcu 85% robi swoje. - To
jest... Eeee... Ten tego... Co ja miałem powiedzieć??
- Mówiłem nie pij tyle - wszedł mu w słowo Droożdż. - Przecież to nowy i
niesprawdzony wytwór.
Czarteczaek spojrzał na salę - Już sprawdzony. - Sala prezentowała sobą ciekawy
widok. Wszyscy byli w stanie nie wpełni świadomym, choć to dopiero połowa
dostawy została zużyta. - A co do ciebie, Oris, to słyszałem, że gdzieś w
piwnicach kantyny "Admiralskiej", jest trochę trunku, który był "zaginiony".
- Na prawdę?? - Zdziwił się Oris, po czym wybiegł sprawdzić informację.
- No - stwierdził Czarteczaek - Dobra robota z tym przenoszeniem, moje
"Wróbelki". Ale jak ja dorwę tego, kto zakosił wódę z magazynów intendentury i
ją nam tutaj podrzucił, to...
- Eeee tam Czarteczaek. Marudzisz. Przynajmniej lamusy z Admiralskiej będą miały
rozrywkę... Chwilową.
VoyTass wstał zza stół i wychylił kolejną miareczkę.
- Normalnie jutro chyba nie piję, w alkoholizm wpadniemy... - spojrzał w beczkę
bimbru. * * * Drzwi do kantyny otworzyły się, i do środka wtoczyło się kilku
żandarmów przebranych za tajniaków z Orisem na czele. Każdy niósł jakiś miło
wyglądający ciężar.
- Dziękujemy za wypełnienie obywatelskiego obowiązku żołnierze- tu potrząsnął
trzymanymi w rękach kanistrami, w których przyjemnie zabulgotało - W nagrodę
darowujemy wam te oto hostessy, które zarekwirowaliśmy w admiralskiej. Miłej
zabawy życzę.
Stojące za nim chłopaki postawili dziewczyny na podłodze i wyszli.
Nastała chwila ciszy..... * * * Sir Morgoth już miał się zadowolić tym, co
dostał, ale nagle przez głowę przeszła mu jedna myśl(więcej się nie mieściło) -
Ku***! Co on do mnie powiedział, że niby jestem oficerem?! Pokażę temu nieukowi
z KK, że jestem wyższym oficerem! - Teraz przez jego mózg niespiesznie przyszła
następna myśl - Jeszcze użył jakiś karczemnych sztuczek przeciwko mnie... Ma
szczęście, że wcześniej sobie popiłem. - Sir Morgoth podszedł do Czarteczaeka.
- Poruczniku! Baczność.
- Ale o co chodzi?
- O to, że próbowaliście jakiś sztuczek na mnie! Jestem wyższym stopniem! - Sir
Morgoth uniósł swoją lewą rękę i zaczął ściska ć powoli swoją dłoń, choć był
kilka metrów od Czarteczaeka to ten uniósł się lekko na ziemią i zaczął się
dusić. Na Sir Morgotha rzucili się wszyscy żołnierze przebywający w kantynie.
Kilku pierwszych zostało odrzuconych za pomocą ognistej kuli (ich mundury tylko
lekko się nadpaliły). Jednak żołnierzy było zbyt wielu a Sir Morgoth w końcu
padł pod naporem dzikiej masy.
- Ufff już myślałem, że to będzie mój koniec. - powiedział Czarteczaek. - To, co
teraz z nim zrobimy chłopaki? - zwrócił się do reszty żołnierzy.
- No, ale co mu możemy zrobić?? Przecież jest tu najstarszy stopniem.
- Nikt nie będzie na mnie stosował moich własnych sztuczek. Gdzie on się tego,
cholera, nauczył?? Chyba musze pogadać z Zośkiem, bo to chyba jedyny kapłan poza
mną w PMG. - obruszył się Czarteczaek. - A co do ciebie, panie wyższy oficerze,
to chyba nie zauważyłeś tabliczki przy wejściu, że tutaj wchodzimy "bez blach",
co?? A może wzrok coś zbyt zamglony?? - Porucznik nie mógł sobie darować
złośliwości, choć miał przeczucie, że jutro się do niego za tą całą akcję
przyczepią, jak cholera.
- Tak, ja... Nie zauważyłem - Sir Morgoth z trudem wydobywał z siebie słowa,
jako że był przyciśnięty do ziemi przez ponad dwa tuziny żołnierzy.
- No to słuchaj. Niech będzie zgoda, bo nie mam dzisiaj humoru na walkę. Wypijmy
po setce na zgodę i już. - To mówiąc Czarteczaek nalał sobie i Sir Morgothowi po
setce... A potem drugą, i trzecią, i tak dalej, póki obaj trzymali się na
nogach. I oblewając stwierdzili, ze właściwie, to nic do siebie nie mają... *
* * Nagle drzwi do kantyny otworzyły się i zataczając się na boki, wszedł do
niej Ixer. Z trudem utrzymywał pozycję stojącą. Twarze wszystkich żołnierzy
zwróciły się w jego stronę.
- Dziku... Polej - zawołał od progu.
- Dzisiaj w Departamencie Spraw Wewnętrznych była oficjalna wizytacja z
Ministerstwa Wojny - wyjaśnił Oris. - Wygląda na to, że chłopaki z MW też lubią
porządnie wypić.
- Eee tam... Wymiękli już po paru głębszych... Też mi ministerstwo... O! -
zauważył beczkę bimbru - Tego mi nalej!
- Ale... Nie wiem jeszcze, czy to się nadaje do picia...
- Wszystko się nadaje... To jest... Rozkaz...
- "A zresztą... Co mi szkodzi" - pomyślał Dzik i nalał Ixerowi bimbru.
Ixer, nie patrząc do kufla, bez mrugniecia okiem, za jednym zamachem dosłownie
wlał w siebie całą jego zawartość, opryskując jednocześnie swój mundur.
- K...A!!!!!!!! - dało się słyszeć w całej stacji, Odgłos ten, złapała nawet
stacja sejsmiczna na Księżycu. - Coście tym razem spieprzyli? To smakuje jakby
ktoś w tym coś rozpuścił, i to coś obrzydliwego.
W kantynie zapadła cisza...
Oris, jako szef bezpieczeństwa widział już nie jedno, ale wyraz twarzy Ixera
będzie mu się śnił po nocach. Potem zwrócił się do Czarteczaeka:
- Widzę, że znowu doprawiałeś deuterem z reaktora. Wiesz ja nic nie mówię, ale
jak tylko Ixer przestanie teraz skakać waląc głową w sufit to może podpadać pod
próbę zamachu.
- E tam przesadzasz popatrz, jaką ma wesołą minkę zupełnie jak po lobotomii.
Poza tym i tak już jestem w KK, więc co gorszego może mnie spotkać. * * *
Impreza trwała jeszcze długo w nocy, aż do rana, kiedy to ŻW wynosiło ostatnich
„Dzikowych” dzikich lokatorów. W końcu udało się przedestylować beczkę zepsutego
bimbru, i wszyscy wypili ją ze smakiem. Co prawda w wyniku tego zabiegu z 85%
doszło do 94%, ale kto by się martwił takimi drobiazgami. Potem były pieśni, i
picie, i znowu pieśni, i znowu picie, tańce na stołach (w ramach
równouprawnienia, tańczyły obie płcie – z jednej strony piękne hostessy,
„zarekwirowane” z kantyny admiralskiej, zaś z drugiej, może już nie tak piękni:
komandor Oris, z komandorem Sir Morgothem. Ale paniom obecnym w knajpie to nie
przeszkadzało. A potem, kiedy już komandorowie nie mogli się utrzymać na nogach,
ich, oraz admirałów, oraz poruczników i wszystkich innych, wynosili kadeci.
Zaś nad ranem „Dzik” wyszedł przed drzwi, i przyczepił karteczkę:
"ZAMKNIĘTE, BO NIECZYNNE - ZAPRASZAMY JUŻ WKRÓTCE" Wiedział, że wszyscy
będą wściekli, ale takie sprawy, jak reorganizacja miały pierwszeństwo. CDN
|